#1 Wrażeń kilka dnia pierwszego!

09:13 Alex P 5 Comments



Ciężko właściwie zmieścić będzie się w kilku, skoro tak wiele zmian następuje w życiu, no ale spróbujmy. Moja historia zaczyna się w związku z emigracją do Zjednoczonego (jak na razie :D) Królestwa.

Dzień wyjazdu był dla mnie bardzo ciężki. Byłam prawie dosłownie rozdarta wewnątrz. Z jednej strony chciałam jechać, bo to dla mnie wielka okazja, nowe życie, coś o co walczyłam, a nikt w to nie wierzył. Z drugiej zaś – serce mi się rozdzierało, myśląc o tym ilu wspaniałych ludzi zostawiam i naprawdę trudno było mi powstrzymać się przed wyciem zamiast zwykłego tylko płakania.

Na kontrolę rzeczy zjawiłam się ok. 16:11, bo tak dotarłam na lotnisko i zanim się pożegnałam to tak wyszło. Najlepsze było to, że o 16:30 zamykały się moje bramki do odlotu…Ja o 16:28 dopiero chwytałam wszystkie swoje rzeczy jak leci ( laptop wyjmowany z pokrowca, łańcuszek, pasek, kurtka, kosmetyki – wszystko osobno!) i dosłownie biegiem leciałam do bramki jak jakiś polaczek – cebulaczek z czerwonymi polikami, starając się ukryć dyszenie. Udało się! Jakimś cudem.

Pierwsze chwile w nowym kraju przywitałam w samolocie jakże taniej i nie(wy)godnej linii Ryanair z krzyczącymi na pokładzie bobasami i Polakami(?) klaszczącymi po średnio delikatnym lądowaniu, dnia 28 sierpnia 2014 roku.

Kiedy wytaszczyłam się z samolota, tachając lekko przekraczający 10 kg bagaż podręczny, zaczęłam srogo żałować braku walizuni na kółkach. Serio, to był wielki błąd, a droga z samolotu po odbiór dużego bagażu baaaaaaaaardzo długa. Ale! Nie o tym chciałam. Poczułam delikatny wiatr smagający policzki i wiedziałam, że teraz wszystko jakoś się ułoży, wiecie, tak instynktownie. Na niebie były chmurki, delikatnie świeciło słoneczko, ja zaaferowana tym wszystkim, co miało nadejść wykonywałam pierwsze telefony, kiedy spostrzegłam się, że z moim zegarkiem coś jest nie tak! Była 19:30, a tu nagle zrobiła się 18:30! Blondynka przecież wcale nie zapomniała, że strefa czasowa się nieco zmieniła, no w ogóle ;)

Pierwsze co mnie zdziwiło, to Passport Control zaraz po przylocie, pan pytał po co tu przylatuję, co, jak, jakie studia, gdzie i coś tam. Powiedziałam, co wiedziałam, usłyszałam pierwsze „good luck” i pobiegłam po bagaż!

I zaraz z tym bagażem mijałam ludzi, którzy czekali na swoich bliskich, pary witające się z łzami w oczach, płaczące matki, dzieci skaczące z podekscytowania, bla bla bla…Na mnie nikt nie czekał. Nie żeby mnie to bolało, bo jakoś specjalnie nie, ale sam ten fakt wywołał we mnie lekkie uczucie odmieńca. Wsiadłam szybko w busa, pierwszego jaki tylko podjechał i nadszedł czas, żeby zmierzyć się z spikingiem tak naprawdę. Oczywiście skończyło się na tym, że poprzytakiwałam głową i dalej zastanawiałam się, jak dojadę tam gdzie chcę. Tu w akcji pojawia się młody facet wyglądem rodem Pique, który wytłumaczył mi co i jak, długo by pisać, ale jak się okazało od pierwszych chwil mojego pobytu w UK, ludzie naprawdę sami uśmiechają się do siebie, nawet podczas tak prozaicznego zajęcia jak jazda autobusem. I skoro już o tym… Czy wiecie jaki mindfuck ma osoba, która od dziecka mieszka w kraju o ruchu lewostronnym? Chciałam krzyczeć „Hej, co Ty robisz, przecież na rondzie nie jedzie się w lewo!”, ale nie, tutaj niestety jeździ się i trudno dalej ogarnąć mi przechadzki tutaj bez obawy o swoje życie, ale idzie mi już coraz lepiej!

„Widzisz rondo to w prawo jedź, nie jedź nigdy w lewo, bo tam czyha śmierć…”

Zawsze mi się to kojarzy, haha :D

No dobra – wracając, ostatecznie Pique powiedział „spytaj jego(kierowcy) on Ci dokładnie potem wszystko wytłumaczy”. I tak było, a nawet i lepiej! Kierowca kazał mi jechać z nim do ostatniego przystanku, czyli po prostu Bristol Bus Station, i gdy wszyscy zbierali się do wyjścia, robiłam to i ja, trochę zmieszana, co dalej. Więc czekam. Kierowca podchodzi i mówi „Słuchaj, poczekaj 10 minut, idę oddać pieniądze do kasy, potem zapalę papierosa i podrzucę Cię na przystanek, z którego jest blisko na Colston Hall i zdążysz na drugi autobus!”. Moja mina reprezentowała dokładnie to :O

Kogo w Polsce obchodzi, czy gdzieś zdążysz czy nie? Najwyżej wykombinujesz coś innego, i tyle.

Pełna obaw zostawiłam swoje walizki w autobusie, jak polecił kierowca. No bo jak to tak, a jak przyjdzie jakiś arabus i je zabierze? A jak mnie okradnie? Monitorowałam je cały czas, aż mój zez był na skraju wytrzymałości i mimo miłego wyglądu i usposobienia pana basdrajwera miałam obawy, jak się okazało, całkiem niepotrzebne.

Co ciekawe, moje 10 minut oczekiwania minęło jak z piczy strzelił (jak to powiedziała Gośka w „Lejdis”), bo zdążył już mnie ktoś poprosić o pieniądze, a drugą osobą sprawiającą kłopoty(na szczęście nie mnie) był naćpany koleś. Basdrajwerzy stali w kółku i rozmawiali, nagle przerwał im koleś metr pięćdziesiąt w kapeluszu słowami „Ekskjuz mi, mister” (dalej nie mogę zapomnieć jego mega piskliwego, damskiego głosu) „ten facet nie chce zostawić naszej walizki, a nie znamy go”. No i rzeczywiście, koleś w czarnych rękawiczkach w środku lata i wykrzywiającej się dziwnie twarzy raczej nie wydawał się mieć żadnego kontaktu z rzeczywistością, gibając się na nogach. Po kilku minutach kierowcy mówiącego do niego „To nie Twoje, puść to”, „Zostaw tą walizkę”, „co Ty tutaj robisz?” stało się coś, co widziałam tylko w filmach science – fiction. Motorniczy niczym Arnold Sz. w koszuli chwycił ćpuna za fraki i rzucił nim o szklaną ścianę, od której tamten tylko się odbił.

Czy naprawdę muszę dodawać jak zdziwiona byłam? Dużo wrażeń na jeden dzień. Ale to jeszcze nie koniec.

Kierowca wysadził mnie na przystanek, gdzie miałam dosłownie dwie minuty pod górkę ( z 25 kg walizami, ale to już niczyja wina, tylko moja) i już byłam na miejscu!

Było dużo prościej, niż myślałam. Czekałam około godziny na przystanku zachwycając się odmiennością Bristolu od miast w Polsce i jedyne co mi zapadło w pamięć to koleś z indii dłubiący sobie bez żadnego skrępowania w nosie. Żadnego. Absolutnie. Palec. Głęboko. W nosie. Fuj. Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać.


Po około trzech godzinach przyjemnej jazdy w megabusie (odpowiednik polskiego busa) za jedyne 4,5f dotarłam do Swansea, gdzie do domu taksówką przywiózł mnie ciapak(nie mam nic do nich, po prostu tak łatwiej ich nazwać i wszyscy wiedzą o co kaman). Bałam się. Że mnie wywiezie, zabierze mnie torby, zgwałci, podzieli się z ciapackimi kumplami i umrę zagramanico, a super express będzie moim nekrologiem! Byłam tylko ja i on, ale na szczęście po 5 minutach jazdy i płatności 5,70f za taksę dotarłam do mojego nowego domu, gdzie czekały na mnie koleżanki. Ulga była niesamowita.

Czas podróży?

14:00 -23:14

Czy zrobiłabym to jeszcze raz?

Bez wątpienia!

5 komentarzy:

  1. Witaj
    Przyjemnie się czyta, piszesz lekko i z humorem :)
    Ciapak ? sprawdzę w google kogo masz na myśli bo pierwszy raz słyszę to słowo.
    Powodzenia na studiach i w blogowaniu :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam serdecznie i dziękuję za pierwszy komentarz na nowym blogu! :) Nie dziękuję za życzenia, bo na pewno będą przydatne :). Tak jak ktoś niżej napisał, ciapak to takie dosyć niefortunne określenie na Hindusów.

      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  2. Ciapak - Hindus :)

    OdpowiedzUsuń
  3. to mówisz, że ryinair nie polecasz? ja mam bilet właśnie na tą linię no bo fakt najtaniej. :/ przesrane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No było trochę ciężko, ale wiadomo że wszystko jest do przeżycia. Nie przejmuj się, czasami nie ma innego wyjścia, słuchawki w uszy i lecimy. Trzymam kciuki :) Kiedy lecisz i gdzie?

      Usuń